Ex wegańskie schadenfreude - konkurs. Część 1



  • Attenzione. Tekst nie ma na celu obrażania kogokolwiek.

    KONKURS: JAK ZEMDLEĆ Z GŁODU PRZY PEŁNEJ LODÓWCE.

    Videa o weganach robione przez ex-wegan to gatunek sam w sobie – gdzieś na styku schadenfreude, reality show, poradnika dla cukrzyków i zawodów, jak pozostać głodnym przy pięciu posiłkach dziennie.

    W ex wegańskich odsłonach mamy gotowych na wszystko wegan (własną mięsożerną matkę by wydali, jeśli by zakazać mięsa). Dalej jest załoga ciut chudszych, jeszcze szerzej uśmiechniętych witarian. Potem są rozczochrani frutarianie, którzy uśmiechają się cokolwiek mniej, jeśli stracili zęby. Na końcu są żywiący się samymi sobą pro ana oraz żywiący się dobrymi myślami na swój temat breatharianie.

    Ex-wegańscy youtuberzy, jakby ktoś nie wiedział, to grupa zdrajców. Nie byli nigdy weganami, a za takowych się podają. Startowali przynajmniej na pierwszym etapie zawodów i albo wylądowali w szpitalu (włączając w to psychiatryk) albo się pochorowali, czyli robili weganizm źle.

    Ich videa to sabotaż. Chociaż mówią, że ostrzeżenie. A może coś jeszcze? Czy nie dają upust schadenfreude, czyli radości z cudzego nieszczęścia? Jeśli było się w okopach, fajnie jest popatrzeć w suchym pokoiku, jak inni żołnierze taplają się w błocie… Internet ocieka od tej osobliwej przyjemności, odsłaniając kulisy mąk gastrycznych, hormonalnych, czy psychicznych. Jeśli do tego cierpi się na zaburzenia odżywiania, jest do wyboru tyle sposobów katowania siebie, ile jest rodzajów wegańskich pasztetów w sklepie.

    Zacznijmy od weganizmu.

    Mamy tu nadreprezentację kobiet. Według badań są bardziej empatyczne wobec zwierząt, chociaż ja bym się pokusiła o pytanie, czy nie mniej dociekliwe w badaniu faktycznej skuteczności nie jedzenia mięsa w wymiarze zdrowotnym, prozwierzęcym i ekologicznym.

    Kobiety te często są młode, nierzadko atrakcyjne i patologicznie empatyczne. To znaczy czują empatię, ale wobec zwierząt i basta. Nie czują jej wobec własnego ciała, chyba że jest dramat (wtedy dopiero zostają ex-wegankami) nie czują wobec własnej rodziny, a już na pewno nie do ciebie ty frajerze, który robiłeś weganizm źle! To właśnie usłyszysz, jeśli padniesz na pysk, twoje wyniki będą gorsze od wyników twojej babci i ledwo będziesz ją doganiać na schodach. Na pewno nie robiłeś sobie zastrzyków b12, coś spieprzyłeś i co, teraz zwierzęta mają cierpieć przez ciebie?

    Patrzę na dziewczynę, która jeszcze parę lat temu była atrakcyjna, uśmiechnięta, a teraz zmizerniała na buźce przywdziewa kuchenny uśmieszek i zabiera się do przystrajania musli jak bożonarodzeniowej choinki.
    Na pytanie dlaczego młode kobiety jak na zawołanie zamieniają się w błąkające się jak w amoku wysuszone rusałki, których jedynym zmartwieniem jest brak mleka sojowego w lodówce, nie ma jednej odpowiedzi. Jeśli spojrzeć na ich rzeczowe wypowiedzi już jako ex-wege, można się domyślać serii problemów z własną tożsamością i poczuciem własnej wartości, którym sprzyja niedożywienie.

    U wegan zawsze czegoś jest za dużo albo za mało. Seksapil znika z prędkością światła, podobnie jak podstawowa ludzką wiarygodność, dzięki której wierzymy na słowo, kiedy się nam coś mówi. Ex-wegańskie videa składają się na gabinet osobliwości.

    Są tu zawody w starzeniu się na czas, w pierdzeniu na odległość i w zamianie kobiecej czy męskiej sylwetki na wieszak. Śledzimy ten tasiemiec ludzkich nieszczęść, echa oddziału psychiatrycznego, wyniki sondy i kolonoskopii, próbując zrozumieć samych siebie, którymi kiedyś byliśmy – niedospanych, rozdrażnionych, wiecznie głodnych i zaglądających innym do talerza.
    Widzimy twarze ludzi z wklęsłymi policzkami, oczami na wpół przesłoniętymi powiekami, wybrakowaną szczęką. Widzimy je i zastanawiamy się, czy ci ludzie mają lustro? Nie widzą własnych tików nerwowych? Kogo chcą oszukać, kiedy rzucają do kamery wymuszone uśmiechy?

    Widać, że chcą nabrać samych siebie i nie umieją się w tym zatrzymać. Myślimy: to można tak nisko upaść? Tak wyglądać? I iść z tym do ludzi? Można, i owszem. Izmy są tolerancyjnym i pojemnym zjawiskiem. Jak nie zachwyca, jak zachwyca? Wszystko może zachwycać, a jak nie, to fake it till you make it. Czyli udawaj, póki nie wjedzie ci w krew. Stąd histerycznie pienia wegan nad pozbawionym smaku tofu.

    Bo refrenem, jaki usłyszycie w wegańskiej kuchni jest: jakie to zdrowe i jakie to pyszne! Tak na zmianę. Przy czym nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby przy tej drugiej uwadze zobaczyć godną lepszej sprawy walkę ze skrzywieniem ust …

    Zwłaszcza przy zielonych szejkach. Kto pił, wie o co chodzi. Mięsa nie jesz, więc wszystko poza nim musi być mniej lub bardziej smaczne i jadalne. Nie ma innego wyjścia. A ile przy tym pisku, klaskania. Nigdzie nie znajdziesz bardziej sztucznego entuzjazmu, fałszywych oznak sytości i zadowolenia. Drużyna wegan nie widzi, kiedy strzela sobie samobójcze gole, ponieważ nie przyjmuje do wiadomości, że dla zdrowia ludzi, a w szczególności dzieci potrzebne są tłuszcze i białka odzwierzęce. Kropka.

    Ale żeby nie było, że tylko panie oszalałe pętają się po kuchni. Panowie też tu są. W końcu panie lubią panów. Jeszcze!
    Panowie lubią porządnie zjeść, żeby mieć siłę, ale jakby o tym zapominają. Bo to przecież mit, stare dzieje. Tak jak dawno temu chodziło się do klozetu przed domem, jakiś weganin mi kiedyś powiedział, tak teraz weganizm jest odpowiednikiem nowoczesnej toalety. No ja dziękuję za taką toaletę, z której trzeba korzystać po dziesięć razy dziennie…

    Jednak na starcie każdy facet chce pokazać, co potrafi. Dziesięć razy? A co to dla niego? Może i dwadzieścia! Jeśli wcześniej odżywiał się fast foodami, jeszcze będzie się chwalić, jak dobrze się czuje. Gorzej po kilku latach, jak zacznie cienko śpiewać i to nie w przenośni.

    Często można porównać zachowanie, wygląd i głos człowieka sprzed weganizmu. Okaże się, że facet nie tylko żółknie i blednie razem ze swoją kobietą, ale zaczyna ją przypominać… A jeśli nie ma wiele zapasów do zużycia, niewielu lat potrzeba, żeby posunęła się o dziesięć czy dwadzieścia lat. Tak więc faceci, którzy nie dość, że mają problem z libido, zaczynają przypominać swoje mamuśki.

    Przypadek nr 1
    Mąż jednej z wegańskich vlogerek.

    Przed laty był z niego kawał przystojnego chłopa, błysk w oku, męskość. Teraz z koczkiem na głowie, w za dużej koszulinie, usuwa się na bok. Czyżby znudziły go zawody? Zniewieściały i zapewne głodny krąży w poszukiwaniu nie wiadomo czego, a może duma, czemu nie potrafi powiedzieć STOP na widok krzywicy, spróchniałych zębów, czy upiornej apatii u własnych dzieci.
    Sam jest jak duży dzidziuś, kiedy siorbie posłusznie kolejne smoothie jarmużowo, bananowo jagodowy i dodaj co jeszcze chcesz, żeby było zdrowiej!

    A czemu taki pochylony, czemu rączki jak u panny na wydaniu? A jak wy byście się czuli, jakbyście mieli pięć czy sześć razy dziennie uruchamiać sokowirówkę i dwa razy tyle pociągać za spłuczkę w kiblu?

    Zrzuca z siebie nie tylko kilogramy, ale i podstawową męską godność. Oczywiście wszystko rozpisane w czasie, bo wege vlogi to serial life stylowy – roztacza się przed wami nowy wspaniały świat, w którym nie trzeba chodzić do pracy, wystarczy rozwalić się na kanapie i pokazać ludziom wnętrze swojej wyciskarki, od czasu do czasu powiedzieć coś o depresji i trądziku.

    Godność się traci mimochodem, więc czasami nawet ujdzie w tłumie. Głównym bohaterem serialu i tak jest zielenina albo soja. Nawet jeśli ten mąż nie mąż, rzeczony narzeczony chciałby jakoś zaistnieć bardziej, ale nie wie jak. I rzuca w kamerę neurotyczne łypnięcia. Ostatecznie taki pan, chłopak, a bywa że 80-letni piętnastolatek, jak to mawia ex-weganin Bobby, ma dość oka kamery i widać to po nim, że chciałby być wszędzie, choćby 24h w kiblu, byle nie tańczyć w objęciach arbuza. Patrzy wtedy, jakby nie wiedział, jak się tu znalazł.

    Co było pierwsze? Może ten cholerny koczek, który ma na głowie? Wielu z tych panów nie panów włosy upina w wyjątkowo twarzowy u faceta koczek… chociaż nie są zapaśnikami sumo, a wręcz przypominają tyczkę, co podtrzymuje fasolkę w doniczce.

    Wazektomia promowana w tym środowisku choćby przez słynnego doktora Gregera, to temat rzeka. Decydują się na nią już osiemnastolatkowie. I tutaj schadenfreude jakoś się kończy, przynajmniej dla mnie. Podobnie jak ma to miejsce w przypadku dzieci. Wiele objawów chorobowych u dorosłych można cofnąć, kiedy wróci się do pełnowartościowego jedzenia, ale co z dziećmi, które tracą szansę na podstawowy start, jeśli chodzi o budowę organów i tkanek? Co z młodymi chłopakami przekonanymi, że wazektomia to taki sam zabieg jak wyrywanie zęba?

    Robi się straszno, ale wegańska żoneczka zagłusza wszystko histerycznym śmiechem. Taka rola. Na cukrowym haju włącza kamerę i pokazuje swoje pełne poświęcenia oblicze. Szczerzy garnitur sztucznych zębów (ma 27 lat), jakby chciała przekonać samą siebie, mamy taką zdrową rodzinę i jesteśmy tacy szczęśliwi… No cóż, to szczęście aż bije z oczu faceta i zdezorientowanych dzieci. Jedzenia jak nie było, tak nie ma. Wegańska pani domu może się pobawić w masterchefa robiącego obiad z trawnika i kolację z chwastów. Jest zielona pasza i nie można narzekać. To grozi rozwodem. Albo pójściem do kąta.


Log in to reply
 

Użytkownicy Online

Kategorie

  • Forumowo

    Sprawy dotyczące forum, propozycje, skargi i zażalenia

  • OFFTOPIC

    Czyli wszystko co nie pasuje do innych kategorii